Czy Bóg wymaga od człowieka wiary?

Na przestrzeni wieków wielu wrażliwych ludzi zauważało wielkie nieprawidłowości powstające w tradycyjnych, zinstytucjonalizowanych, a przez to sformalizowanych wyznaniach religijnych. Nieprawidłowości te przybierające niekiedy formy dramatyczne zazwyczaj brały się z nieprzystosowania skostniałego systemu do zmieniających się dynamicznie realiów życia. Nie chodzi tylko o proste zmiany w sposobie bycia, ale również zmiany sposobu myślenia, widzenia problemów społecznych. Cywilizacja ludzka rozwija się ciągle na przestrzeni historii i we wszystkich dziedzinach życia jakiekolwiek kodyfikacje zawsze prędzej czy później ulegają tej dynamice. Reguły gry wyznaczone przez pokolenia wcześniejsze zawsze, co wiemy z historii, były modyfikowane przez pokolenia późniejsze. Nie inaczej rzecz ma się z systemami religijnymi. Reguły ich wyznań podlegają modyfikacjom, jednak spowolnienie tego procesu na tle innych procesów społecznych jest tak duże, że ludziom żyjącym w swoich czasach wydają się one bardzo często niezmienne, a wręcz pod kategorię zmienności w ogóle nie podpadające. Stąd zmiany w systemie religijnym odbywają się bardzo często poprzez powstanie nowego wyznania i pewnej marginalizacji wyznań historycznie starszych. W przypadku wyłonienia się chrześcijaństwa z judaizmu można nawet mówić o powstaniu nowego systemu religijnego. Bardzo rzadko dane wyznanie zmienia istotnie swoje reguły, nie tracąc przy tym tożsamości. Współcześnie takie eksperymenty mają miejsce choćby w Kościele Anglikańskim, jednak na ocenę efektów przyjdzie poczekać pewnie kilka pokoleń.

Patrząc na historię chrześcijaństwa, rozpatrując ją jako wyłaniającą się z historii judaizmu, nie można nie zauważyć, że powstające nowe wyznania były po prostu odpowiedzią na skostniałość wyznań już ugruntowanych. Jezus przeciwstawił się pewnej skostniałości swojej natywnej religii. Zapoczątkował coś, co przybrało formę tak różną od wyjściowego judaizmu, że klasyfikujemy to jako nową religię – chrześcijaństwo. Następnie w samym chrześcijaństwie mamy do czynienia z okresem kodyfikowania się nowej religii, a po pewnym czasie z opozycją do tej kodyfikacji i powstawania wyznań nowych. W okresie wcześniejszym były to po prostu różne chrześcijańskie sekty, które z sukcesem udawało się zneutralizować głównym nurtom – katolicyzmowi i prawosławiu, a później już z sukcesem rozwijające się w pełnoprawne wyznania kościoły protestanckie. Cóż więc działo się w momentach przełomowych, w momentach, w których skutecznie powstawały nowe religijne odłamy? Mówiąc w dużym uproszczeniu w momentach tych powstawała nowa wiara. Wiara czerpiąca ciągle z bogactwa starego wyznania, ale zawierająca elementy nowe, które były już nie do pogodzenia z wcześniejszą tradycją. Pojawiała się zwykle osoba, która proponowała wiarę nieco odmienną od obowiązującej i dzięki sprzyjającym warunkom historycznym znajdowała się pewna krytyczna ilość ludzi, która tę nową wiarę, często od razu dokonując swoistych modyfikacji, przyjmowała. Z czasem, w przypadku sukcesu, liczba wyznawców rosła i nowa wiara zaczynała podlegać procesowi coraz bardziej wyraźnej kodyfikacji. Tak powstało chrześcijaństwo, tak powstały tradycyjne odłamy protestantyzmu, tak powstały protestanckie zbory nowej fali. Tak wyłoniło się wiele odłamów w innych religiach.

Zawsze jednak w procesie tym mówimy o wierze. Wierze, czyli czymś co w założeniach swoich nie ma pewności, nie ma ścisłych obiektywnych kryteriów. Do wiary, wiemy to z historii, nie przekonuje się na zasadzie rygorystycznych rozważań krytycznych. Nie odrzuca się wiary starej, bo wykazano w niej logiczny błąd, którego nie ma w wierze nowej. Tutaj do głosu dochodzi o wiele szersze spektrum motywacji. Owszem w pewnym zakresie jest w tym obecna jakaś forma logiki, ale również emocjonalność, radzenie sobie z różnymi lękami i chyba przede wszystkim nadzieja, że coś co jawi się jako tak piękne, może być prawdziwe. Wiara taka jest. Ale skoro taka jest, to do samej jej istoty należy pewna dowolność. Wierzyć, jak się okazuje, można w jedynego Boga bez żadnych dopowiedzeń, a można też wierzyć w jedynego Boga, który jest w trzech osobach. Można wierzyć, że Jezus jest Bogiem, a można wierzyć, że tylko jego prorokiem. Emocjonalność różnych wiar jest podobna, a brak kryteriów obiektywnych powoduje, że różni ludzie mogą równie silnie być przekonani do rzeczy, które stoją ze sobą w sprzeczności. Każde wyznanie ma swoich mistyków, którzy twierdzą, że głęboko i wręcz namacalnie przeżywają prawdy swojej wiary, budzą przy tym zaufanie i wyglądają na szczerych i autentycznych. Dlaczego jednak osoby tak autentyczne i szczere jak Karol Wojtyła czy Tenzin Gjaco wyznają sprzeczne poglądy? Można to pytanie odwrócić. Dlaczego, skoro w wierze brakuje obiektywnych kryteriów do weryfikacji prawdziwości sądów wiary, znajdujemy tak wielkie rzesze zadeklarowane w wyznawaniu bardzo konkretnych dogmatów? Jeżeli w historii raz po raz trafiają się jednostki, które wiarę traktują jako materię twórczą, modyfikują ją, a potem znajdują setki tysięcy naśladowców, którzy traktują tę wiarę już jako niezmienną, to pewien wniosek jakoś nam się narzuca. Twórcy wyznań działali w dużej wolności i na podstawie swoich własnych przeżyć, które interpretowali jako mistyczne, a ich późniejsi naśladowcy byli po prostu imitatorami, którym wiara została w sposób mniej lub bardziej wyrafinowany narzucona. Przyjmowanie rzeczy na wiarę musi bowiem zawierać w sobie jakiś przymus, skoro brak obiektywnego kryterium, aby do niej przekonać. Ten przymus, choć niestety w historii było tak bardzo często, nie musi bynajmniej przyjmować formy bezpośredniej przemocy. To mogą być bardziej subtelne metody. Jest przecież bardzo wiele sposobów na dyskretne dyscyplinowanie jednostki. Może to być strach przed wykluczeniem, może to być też po prostu wykorzystanie małej sprawności intelektualnej i niezdolności krytycznego myślenia. Co do najwybitniejszych przedstawicieli skodyfikowanych wyznań podejrzewam głębokie samooszukiwanie się na wielu poziomach. Autentyczne drogi dojścia do pewnych prawd mieszają oni z pewnymi zupełnie zamkniętymi obszarami swojej świadomości, których nigdy nie weryfikują, tak aby docelowe wnioski były zawsze zgodne z tradycją. Bardzo trudno przyjąć mi, że jest inaczej. Widzę bowiem jak wybitni wyznawcy różnych wyznań dochodzą do sprzecznych wniosków, podając bardzo głębokie i poważne powody. Wnioski te są dziwnym trafem zbieżne z tak czy inaczej rozumianą tradycją rodzimego (lub przyjętego) wyznania. A jednak u Jezusa i innych twórców religii te wnioski wyszły znacząco poza tradycję obowiązującą samego twórcę. Tutaj leży podstawowa sprzeczność, którą zawiera w sobie wiara. Chcąc naśladować Jezusa, należałoby przede wszystkim być autentycznym w swojej osobistej wierze, swoim przeżyciom mistycznym, co najprawdopodobniej skończyłoby się popadnięciem w konflikt z obowiązującymi dzisiaj wyznaniami, a może nawet z samymi relacjami o Jezusie. Chcąc z kolei tę wiarę przekazywać dalej zapoczątkowałoby się proces niewolenia innych, czego Jezus najprawdopodobniej najzwyczajniej w świecie nie uwzględniał. Jeżeli na podstawie jakiegoś przeżycia mistycznego jednej osoby, zawiązuje się grupa religijna, która dzieli wiarę w to przeżycie, a tym samym w konsekwencji dzielą pewną wspólną teologiczną narrację, to mam prawo przypuszczać, że jedynie osoba dająca ów impuls jest w dużym stopniu wolna w swojej wierze, a reszta najczęściej z powodu różnych swoich psychologicznych potrzeb (mówimy o sytuacjach, które nie są ewidentnie patologiczne) po prostu daną narrację przyjmuje i staje się odtwórcą wiary pochodzącej z owego pierwotnego impulsu.

W tym miejscu należałoby zadać sobie pytanie, czy gdyby Bóg istniał, to w ogóle chciałby posługiwać się wiarą, aby objawić się człowiekowi. Z chwilą kiedy uświadomiłem sobie, że pierwiastki totalitaryzmu nie tyle właściwe są skodyfikowanym wyznaniom, co samemu procesowi szerzenia się wiary, uświadomiłem sobie, że ja takiego Boga nie chcę. Jakiś czas temu stwierdziłem już, że wobec niepewności istnienia Boga, jedyną rzeczą, którą uczciwie mogę zrobić, jest – pragnąć Boga. To pragnienie zresztą traktuję jako najwyższego poziomu sublimację wszelkich szlachetnych tęsknot takich jak tęsknota do miłości, wolności, sprawiedliwości, szczęścia. Pragnienie Boga w tym sensie jest dla mnie pewną miarą człowieczeństwa w świecie, w którym panoszy się bezsens, zło, cierpnie, nienawiść. Tak więc pragnąc Boga, wyrażając tęsknotę za Bogiem, mam równocześnie nadzieję, że ten Bóg nie posługiwałby się wiarą, aby objawić siebie. Pragnę Boga, który nie wymaga od człowieka wiary. Być może w ogóle taki Bóg nie mógłby się objawić, bo przecież do tej pory nikt nie znalazł żadnego kryterium, aby kwestię istnienia Boga jednoznacznie rozstrzygnąć. Jednak nie wiem, czy to Bogu w najmniejszym stopniu mogłoby przeszkadzać. Jeżeli jest patrzy chyba na to, co człowiek wybiera sam z siebie. I być może miłe mu jest moje pozbawione wiary pragnienie, że istnieje.

KOMENTARZE (4)

  1. lukstafi2013-01-28 16:38:54

    Andre Comte-Sponville napisał książkę “Duchowość ateistyczna”: możecie zajrzeć przy okazji, ale książka nie jest genialna, w ostatniej z trzech części, tej pozytywnej o duchowości, nie chwyta tego co osobiście uważam za duchowo-istotne a tylko mówi o stanach doświadczenia które można w sobie wywołać w sposób sztuczny, bezsensowny, jakby same w sobie były wartościowe.

    Całe to wprowadzenie bo chcę dać cytat z pierwszej części “Czy można obejść się bez religii”: “Utrata wiary nie pociąga za sobą żadnych zmian, jeśli chodzi o wiedzę, i niewiele, jeśli idzie o moralność. Zmienia jednak bardzo wiele, gdy chodzi o nadzieję i rozpacz, czyli o ludzkie istnienie. [...] oświecony ateista nie może uchronić się przed rozpaczą. [...] Czy po to, żeby zagłębić się w nieszczęście? Wręcz przeciwnie! Po to, żeby z niego wyść i pokazać, że szczęście nie jest czymś, na co można mieć nadzieję, lecz życiem, życiem tu i teraz! [...] Nadzieja dotyczy tego, czego się nie ma. [...] Mędrzec pragnie tylko tego, co istnieje lub zależy od niego. Na co ma mieć nadzieję? Głupiec pragnie tylko tego, czego nie ma (to odróżnia nadzieję od miłości) i tego, co od niego nie zależy (to odróżnia nadzieję od woli).”

  2. Michał Stanisław Wójcik2013-01-29 20:55:54

    Jeżeli chodzi o duchowość ateistyczną, to myślę, że niekoniecznie musi być z niej wyrugowane pojęcie Boga. Rozumiem, że dla niektórych ateistów jest to nie do przełknięcia, ale myślę, że to tylko uprzedzenie. Jeżeli zdamy sobie sprawę, że pragnienie Boga jest pewną naturalną psychologiczną potrzebą i uświadomimy sobie z czego ona wynika, według mnie w swojej najwyższej formie właśnie z humanistycznej wrażliwości, to będziemy mogli wyciągnąć z niej to co najlepsze, nie wdając się w rozstrzyganie sądu o rzeczywistym istnieniu Boga. Przykładowo pragnienie pokoju na świecie, to wyraz pewnej wrażliwości, dobra. To, że może on być nieosiągalny jest zupełnie inną sprawą. Myślę, że analogicznie można podejść do kwestii istnienia Boga. Ateista nie musi się wstydzić, że odczuwa potrzebę osoby, która czuwałaby jakoś na tym całym bałaganem a zarazem kochała go bezwarunkową miłością. Ta potrzeba jest szlachetna i może być sama w sobie pożyteczna, nawet jeżeli istnienie takiej osoby byłoby nie do wykazania (a może nawet wtedy gdyby było wątpliwe).

  3. lukstafi2013-01-29 22:11:56

    Ja tej potrzeby nie odczuwam. Mam pragnienie, żeby świat był lepszy niż jest. Częścią tego pragnienia jest żeby były w świecie “jak najlepsze” osoby. Ale nie mam specyficznej potrzeby bycia kochanym bezwarunkową miłością (czyli taką która automatycznie kocha wszystkich). Nie mam też specyficznej potrzeby ograniczenia liczby maksymalnie dobrych osób do 1 czy 3.

  4. Michał Stanisław Wójcik2013-01-30 09:40:14

    Zupełnie odnajduję się w tym, co napisałeś, tylko nie wiem, jestem właśnie w trakcie rozmyślań nad tym, czy różne sensy życia dają się uratować bez pragnienia Boga. Na przykład dla mnie dużym problemem patrząc z punktu widzenia materializmu jest bezsens cierpienia niektórych ludzi, na przykłada tych, którzy urodzili się pechowo w miejscach świata, w których od pokoleń trwają wojny i którzy zamiast rozwijać się w pełni swojego człowieczeństwa zabijają lub są zabijani, zadają ból lub im ból się zadaje. Coś we mnie buntuje się przeciwko prostemu stwierdzeniu, że tak się po prostu rzeczy mają, że oni po prostu przez zbieg okoliczności mają takie warunki – gorsze, a ja przez zbieg okoliczności takie – lepsze. Ja mogę rozwijać w pełni ludzkie cechy, a oni, przez okoliczności, w których się znaleźli, nie mogą. Myślę, że bunt przeciw temu jest w pełni ludzki. Równocześnie pobieżna nawet analiza tych problemów pozwala zrozumieć, że szybko ich nie rozwiążemy, a nawet jak je rozwiążemy, problemem na zawsze pozostaną te zmarnowane istnienia ludzkie, które już BYŁY. Uważam, że pragnienie aby te życia nie były zmarnowane jest czysto humanistycznym pragnieniem. To jest przykład humanistycznego pragnienia, aby sens miało coś, co materialistycznie patrząc sensu nie ma. Według mnie gdy się podsumuje ileś takich pragnień, to po prostu wychodzi na to, że pragnie się Boga. Zauważ ja tutaj odkładam na bok możliwość ziszczenia się tego pragnienia, mówię natomiast o nim bo dostrzegam jakąś jego wartość.

  5. Podgląd live
    Nie opublikowałeś jeszcze tego komentarza! Aby opublikować naciśnij przycisk Opublikuj Komentarz.

Dodaj komentarz