Mistyczne wyjście z chrześcijaństwa

To było w czasie jednej z moich licznych internetowych dyskusji. Blisko mojej pracy jest Mc Donald, od czasu do czasu jem tam lunch. Zwykle rozmyślam wtedy o tematach filozoficznych. Tak było i tym razem. Zamówiłem sobie jakiś zestaw, sączyłem colę i rozważałem jakąś kwestię potrzebną mi do dyskusji. I nagle, jakoś z tych moich rozważań, wyłoniło się pytanie. Czy tak było? Czy istotna część opowiadania Nowego Testamentu jest prawdziwa? Od lat znałem różne spory historyków, teologów — bynajmniej, pytanie to nie staneło przede mną po raz pierwszy. Szala do tej pory przechylona była zawsze w stronę wiary. Wierzyłem. Ale w tamtym momencie, siedząc nad moim Big Mackiem, nagle poczułem, że nie mam pojęcia. Poczułem, że nic w tej sprawie nie mam. Owszem był Jezus, robił i mówił różne inspirujące rzeczy, ale czy jego relacja z Bogiem była na tyle szczególna, że to właśnie jego przesłanie powinno być dla mnie wiążące? Cisza. Niemalże od razu spojrzenie wstecz, na te wszystkie moje rozmowy z ludźmi, w których broniłem boskości Jezusa, w których wykazywałem, że bez tej boskości nic nie mamy; w których broniłem Kościoła, tłumaczyłem jak przeżycie mistyczne eucharystii zlewa się u mnie z rozważaniami teologicznymi i jak upewnia mnie, co do pierwotnego impulsu chrześcijaństwa. A teraz? Poczucie, że ja przesadziłem, że tego wcale nie było, że ja w tych dyskusjach, bardzo głęboko ale jednak, blefowałem. Wszystkie przeżycia dotyczące eucharystii — zgoda, tego się nie da wymazać, ale ta reszta? To żelazne zakleszczenie: Chrystus uwiarygadnia Kościół, Kościoł uwiarygadnia Chrystusa? Nie. Już tego nie byłem w stanie odnaleść. Zdziwienie. Mogłem poczuć tę neutralność, nic mnie nie zatrzymuje? Żaden wyrzut sumienia? Nie. Jakiś wielki spokój, jakieś poczucie radości, poczucie zrzucenia z siebie wielkiego balastu, wielkiej odpowiedzialności – za Kościoł, za całe chrześcijaństwo. Czułem, że od tej chwili to wszystko pójdzie już beze mnie. W oczach łzy – jakby pękło we mnie coś, co ściskało mnie tyle lat, co nie pozwalało wpłynąć na głębię. Bóg? Gdzie on jest w tym wszystkim? Może go nie ma! Ale jeśli jest, to jest to jego robota. On tak działa! Przecież to moje 33 urodziny. 33 lata tego wszystkiego i nagle starczy, nagle dość, tak po prostu, jak ręką odjął? Żadnego bólu, żadnych rozsterek, żadnego miotania się, rzucania ze skrajności w skrajność? Tak właśnie wyobrażam sobie działanie Boże, dyskretnie, w jakimś zapyziałym miejscu, odmienia się nagle czyjeś życie. Trwale. Bez tej udręki, znanej zwaśnionym kochankom, wiecznych powrotów i rozstań. Spojrzałem po ludziach, którzy po prostu jedli dalej swoje posiłki niczego przecież nieświadomi. Nigdy sie nie dowiedzą, co tutaj właśnie się stało. Wyszedłem z Mc Donalda, napisałem krótki tekst, w którym byłem bardzo wstrzemięźliwy, o swoich uczuciach nie pisałem, bo to wszystko było jeszcze za świeże, za intymne. Okazało się jednak bardzo trwałe. Na mszę już od tej pory nie poszedłem – do tego momentu nie opuściłem prawie żadnej. A te wewnętrzne radość, spokój, wracały jeszcze wielokrotnie. Teraz też to wraca, gdy o tym piszę. Jestem wolny i czuję, że mogę naprawdę szukać. Wcześniej też szukałem, ale jakby na łańcuchu, który wyznaczał obszar, poza który nie mogłem wyjść. Od tamtego momentu łańcucha już nie ma.

  1. Podgląd live
    Nie opublikowałeś jeszcze tego komentarza! Aby opublikować naciśnij przycisk Opublikuj Komentarz.

Dodaj komentarz