Rivendell2013-03-04 23:43
Strzał

Siedziałam na kanapie na miękkim, kremowo-brązowym kocu. W pokoju byłam tylko ja i mój cień. I jeszcze głos z czarnych, komputerowych głośników. „Never” z jakiegoś tam filmu. Mała lampka rzucała przyjazne, przyciemnione odległością światło. Na wprost mnie stał, siedział, był  - mały, czarny telewizor. Na dzisiejsze możliwości i upodobania jawiący się jako przeżytek. Coś niestosownego. Niepodłączony. Idealnie czarny bez żadnego czerwonego punktu. Był na i pomiędzy brązowymi meblami, całym kompletem. Będący równie starym, jednak postrzeganym bardziej  jako coś pożądanego. Stylowego. Przede mną stał dopasowany do całej reszty pokoju stolik. Ława ze szklanym blatem. Nie podawano jednak tam kawy, herbaty ani ciastek. Jedynymi naczyniami jakie tam się od czasu do czasu znajdowały, był mój fioletowy kubek w prążki, najczęściej z waniliowym rooibosem oraz wypełniona do połowy szklanka z niegazowaną wodą mineralną Anglika. Do stołu były dołączone dwa duże fotele, jeden miał na sobie specjalny, dopasowany do zasłon, pokrowiec – drugi nie. Jeden założył właściciel, drugiego ja nie założyłam. Były też dwie pufy. Niejednakowe. Właściwie tylko jedna była prawdziwą pufą, drugie siedzenie, czy coś tam, tylko za pufę uchodziło. Stało się miejscem na gazety i teksty piosenek z akordami. Policzyłam, że w pokoju znajdowało się siedem miejsc siedzących – nie licząc podłogi. Jedno miejsce zajmowałam ja, pozostałych sześć było pustych. Chociaż niekoniecznie.  Obok mnie leżała torebka. Na mini pufie leżały właśnie gazety i sterta kartek, na drugiej brązowa apaszka w jakieś kwiatki. Na fotelu bez pokrowca, z lewej strony, znajdowały się dwie poduszki i złożony obrus, na drugim… drugi był pusty. Na krześle przy biurku rozłożona została ciemnoróżowa chusta. Na półkach poupychana była literatura. Również na podłodze i stole znajdowały się książki. Wilde, Poe, Tolkien, Ted Hughes, Jean Liedloff. Na ławie w ogromnym nieładzie można było znaleźć duży zeszyt, mogący być branym za książkę o kwiatach – pamiętnik, kilka opakowań długopisów, dwuczęściowa płyta z muzyką gitary klasycznej i nieobejrzany jeszcze film „Bracia Karamazow”  Petra Zelenki. Było już dobrze po 22. Okna zasłaniały żaluzje i długie firanki. Nadające się już pewnikiem do odświeżenia, ale kto by chciał się wspinać i odpinać, i przypinać na powrót te wielkie zwały materiału. Zasłon nigdy nie dotykałam – nie wiadomo, co w sobie kryją. W pokoju były możliwe cztery źródła światła. Świeciło tylko jedno. Najmniejsze i najdalsze ode mnie. Panował przytulny półmrok. Siedziałam wpatrzona w niepodłączony telewizor, czasem też w obrazy w żółtej, niebieskiej i czerwonej ramie. Najbliższy jednak w tamtym momencie stał się telewizor, zazwyczaj w ogóle niedostrzegany. Nierozpraszający, spokojny, milczący. Można powiedzieć, że obserwowaliśmy siebie nawzajem. W milczeniu i w bezruchu, niekoniecznie bez poruszenia. Nie wiem, ile czasu upłynęło. Pamiętam tylko, że był głośny, rozdzierający, namacalny.

KOMENTARZE (1)

  1. Ryszard2013-03-06 20:57:08

    YouTube link: Name of Love (UFO)

  2. Podgląd live
    Nie opublikowałeś jeszcze tego komentarza! Aby opublikować naciśnij przycisk Opublikuj Komentarz.

Dodaj komentarz