Ryszard2012-07-30 16:06
Miłość bezosobowa

Przywykliśmy myśleć o miłości jako relacji dwóch osób. Gdy doświadczamy miłości, automatycznie spodziewamy się osoby, która stoi za tym doświadczeniem. W ten sposób dochodzimy do poznania osoby Boga, który nas kocha. Chciałbym spróbować podważyć ten schemat i zastanowić się nad możliwością doświadczenia miłości bez osoby, która by stała za tym doświadczeniem.

Przyjrzyjmy się zjawisku regeneracji ran czy jakichkolwiek chorób cielesnych. Ciało ma w sobie zasoby na odtwarzanie zniszczonej tkanki czy na walkę z intruzami. Jako osoby świadome, doświadczamy uleczenia naszych ciał. Jest jakiś proces, który dba o nas, pracuje nieustannie dla naszego dobra, nie zważa nawet na to, że żyjemy niezdrowo. Ciało nie czyni wyrzutów, po prostu zawsze zabiera się do roboty i leczy nas. Czy to nie jest doświadczenie miłości, za którym nie musi stać osoba?

Pewnie że jeśli jest stwórca, to właśnie ten stwórca odpowiada za procesy fizjologiczne regeneracji ciała, więc i za tym doświadczeniem jest osoba. Ale mi chodzi o to, że potrafimy myśleć w kategoriach materialistycznych i patrzeć na regenerację naszych ciał jako na doświadczenie miłości bezosobowej.

Z tą miłością można nawet współpracować. Można zmienić tryb życia w trakcie choroby, żeby ułatwić ciału regenerację. Można dokładać od siebie jakieś lekarstwa. A można też ten proces sabotować przez niechlujne życie i nieliczenie się ze zdrowiem. Tak czy siak jest to analogiczne zjawisko do współpracy z Bożą łaską, która leczy nas z naszych grzechów, wobec której możemy mieć postawę współpracy lub sabotażu.

A jak sprawa wygląda z regeneracją psychiczną? Wydaje mi się, że mózg ma w sobie analogiczne mechanizmy dążenia do zdrowia. Strasznie dużo dzieje się w trakcie spania. Również sam przysłowiowy czas leczy rany. Ja to właśnie tak widzę, że w głowie się układa jakaś układanka i po każdym zaburzeniu od nowa się układa i wraca do równowagi.

Z tymi procesami naturalnymi też można współpracować wykonując świadomoy wysiłek rozmyślania, szczerych rozmów z przyjaciółmi czy wręcz przez psychoterapię. Można też je sabotować wrzucając do głowy ciągle jakieś śmieci, które jątrzą rany duchowe, albo wmawiając sobie jakieś kłamstwa, które utrudniają głowie uporządkowanie sprawy.

Doświadczanie uleczenia psychicznego, porządkowania się życia duchowego to jest podobnie jak regeneracja ciała doświadczenie miłości, za którym wcale nie musi stać żadna osoba. Samo ciało (w tym mózg) dysponuje mechanizmami leczenia i tego przede wszystkim doświadczamy.

KOMENTARZE (19)

  1. Michał Stanisław Wójcik2012-07-31 10:08:25

    Waśnie zastanawiam się, czy należy rozpatrywać wszystkie problemy szczegółowe, czy po prostu skupić się na jednym ogólnym. Ten ogólny opisałbym tak:

    Generalnie religie dziedziczymy z zamierzchłych czasów, kiedy zdobycze nauki były na tyle skąpe, że nie pozwalały dostrzec pewnych zależności. Dzisiaj po kilkuset latach szybkiego rozwoju nauki, głównym problemem religii, a w tym chrześcijaństwa wydaje mi się jednak ich niekompatybilność z resztą wiedzy. Oczywiście mam świadomość, że wiele się wkłada wysiłku w to, aby pokazać, że chrześcijaństwo i nauka mogą iść w parze. Ale czy rzeczywiście mogą? Chrześcijaństwo ma specyficzną narrację dotyczącą tego skąd jest zło na świecie, dlaczego w ogóle coś w życiu człowieka może iść nie tak, dlaczego może on chorować, ma również specyficzną narrację dotyczącą celowości.

    Ta narracja kiedyś była zupełnie wystarczająca. Ciało człowieka rosło i rozwijało się według planu, bo tak chciał Bóg. Choroba, np rak rozwijała się, bo człowiek żył w rzeczywistości odmienionej przez grzech pierwszych rodziców. Plemniki były tworzone przez Boga w pewnym celu, a więc logicznie nie można ich było marnować. W tym wszystkim była pewna logika. Przecież człowiek i tak nie wiedział jak to się dzieje, że jego organizm rośnie tak jak trzeba, nie wiedział czemu dochodzi do zmian nowotworowych, nie wiedział jak powstaje coś tak skomplikowanego jak plemnik. Kocepcja, że Bóg coś robi w konkretnym celu, nie była najgorsza. Narzucała też pewne rozstrzygnięcia moralne. No jeśli ja coś robię w jakimś celu, to Ty nie przyjdziesz i nie zniszczysz mi tego, bo szanuszej jakoś mój zamysł. Podobnie może podszedłbyś do plemników. W tym sensie moralność chrześcijańska mogła się nawet wydawać bardzo naturalna.

    Sytuacja się jednak zmieniła i mimo, że stąd i z owąd próbują nas przekonywać, że nauka nic nie wadzi chrześcijaństwu, ja coś nie za bardzo w to wierzę. My już dzisiaj wiemy jak to jest, że człowiek wzrasta. Wiemy, że jest to proces budowy czegoś według programu zawartego materialnie w genie. Że w procesie tej budowy jak we wszystkim mogą się zdarzać błędy. Że te błędy nie wymagają żadnego specjalnego teologicznego uzasadnienia. Są po prostu pochodną olbrzymiego skomplikowania maszynerii. Wiemy, że plemnik powstaje również zgodnie z tym programem, ale wiemy też że powstaje nie dlatego, że celem jego jest stworzenie nowego życia, tylko że ślepe procesy ewolucji doprowadziły do takiego skomplikowania. Już choćby to zmienia patrzenie na kwestię seksualności. Z tego wszystkiego wyłania się obraz świata jako pewnego funkcjonującego wedle pewnych reguł mechanizmu, który ostatecznie Bóg mógł puścić w ruch i zostawić. Wydaje mi się, że dawniej nie łatwo było tak powiedzieć. Dzisiaj można — nie jest to koncepcja, którą można łatwo wyśmiać.

    Chrześciajństwo nie przeczy więc wprost nauce, ale nauka podważa sensowność pewnej typowej chrześcijańskiej narracji — ostatecznie nawet literalnie jej nie przecząc. Nawet nie chodzi o to, że chrześciajństwo nie może wybronić tej swojej narracji. To przy odpowiednim wysiłku intelektualnym jest możliwe. Jedno jednak bije po oczach. Kiedyś było to, taki mam obraz, naturalne — dzisiaj wymaga wyszukanych chwytów logicznych i tak czy owak stwarza wrażenie sztuczności.

    Może czas zastanowić się, czy w ogóle nie warto tej narracji porzucić na rzecz budowania jakiejś zupełnie współczesnej duchowości. W tym sensie ten komentarz jest do Twojego tekstu, że Ty się w nim zajmujesz jednak tą chrześcijańską narracją. Zróbmy może poważne rozważanie — niekoniecznie tutaj, może być w ramach innego tekstu inaugurującego problem — czy nie warto porzucić zupełnie narracji chrześcijańskiej.

  2. Ryszard2012-07-31 11:12:11

    Ja właśnie chciałem podważyć kluczowe pojęcie chrześcijańskie i sprowadzić je do czystego materializmu biologicznego funkcjonowania ciała ludzkiego. No i wręcz rozpocząłem ten nowy nurt duchowości. Tak samo można przeżywać doświadczenie miłości od Boga jak w chrześcijaństwie, a zaleta polega na tym, że możemy skuteczniej maksymalizować to poczucie, jeśli się właściwie zdiagnozujemy.

    W skrócie, to nie odpowiedź Boga na modlitwę nam pomaga, lecz sama modlitwa jako stan relaksu umysłu czy oderwania od czynności niepokojących umysł. Myślę, że można istotnie polepszyć swoje życie duchowe i swoje szczęscie właśnie dbając o sprawne funkcjonowanie mózgu. Pierwszy wniosek to zadbać o sen i odpoczynek.

  3. lukstafi2012-08-01 01:07:51

    To, co jest biologiczne, jest teleofunkcjonalne: miarą funkcjonalności jest skuteczność, a miarą skuteczności jest przetrwanie potomstwa dziedziczącego po danym osobniku. Można zaryzykować, że wszystkie funkcje biologiczne są skierowane na leczenie przyszłości z zagrożeń dla posiadania przez organizm potomstwa (ale te funkcje są w różnym stopniu sprawne, czasami pojawiają się “dysfunkcje”). Nie ma problemu “szukania sensu życia”. Natomiast rosnąca świadomość coraz bardziej wbija klina pomiędzy “teleo” i “funkcjonalne”. Najpierw pojawia się przesąd: możliwych zachowań/reakcji zwierzęcia jest już tak dużo, że wiele może spokojnie przetrwać pomimo że same nie przyczyniają się do przetrwania potomstwa. Gdy pojawia się filozofia i nauka, to razem z nią podział na osobne funkcje (zrozumienie mechanizmu) i wartości (problem co z tym zrozumieniem zrobić) jest już pełny.

    Jest kilka uniwersalnych, filozoficznych ataków na ten problem, tzn. uniwersalnych wartości. (1) Obserwacja że jeśli “cokolwiek ma sens”, to lepiej jest mieć więcej możliwości (czyli że wartości instrumentalne są cenne). (2) Np. że współpraca popłaca. (3) Obserwacja że cierpienie jest złe, chociażby dlatego że wiąże się z ograniczeniem możliwości. (4) Wnioskowanie z cenności współpracy, oraz z przygodności bycia w świecie (jest się w “swojej” teraźniejszości indeksykalnie, a nie przez jej immanentną własność*), że współczucie jest dobre.

    Myślę że kluczowym zadaniem dla (po)chrześcijańskich filozofów jest budowanie filozofii miłości, rozwijanie tego pojęcia.

    * to nie znaczy że filozoficznie poprawne jest poczucie tożsamości, którą to tożsamość można by przenieść w inne miejsce — ta tożsamość wręcz może się okazać złudzeniem, ale można albo tak — przez nie-intuicyjne a powodowane namysłem filozoficznym rozwianie tożsamości — albo przez intuicyjną “przypadkowość położenia” tożsamości motywować współczucie.

  4. lukstafi2012-08-01 06:00:05

    Myślę, że miłość jest czymś czym może obdarować tylko osoba, w tym sensie jest osobowa. Ale ta osoba nie musi obdarowywać miłością innej osoby. Ten aspekt bycia osobą na którym działa miłość to “perspektywalność” (nie będę teraz definiować). Osoba może obdarować miłością samą siebie: to znaczy, może obrać swoją perspektywę jako celową — nastawioną na dobro, może “uwierzyć w wartościowość bycia sobą”. (Jak wcześniej mówiłem, ta miłość własna jest stanem biologicznie naturalnym, ale możliwym do zatracenia w rozwoju głębszej świadomości.) Osoba może obdarować miłością inny “świat” (w sensie z wątku o świadomości), w szczególności inną osobę: to znaczy, może przekroczyć własną perspektywę, może rozpocząć pracę integracji do własnej perspektywy-celowości systemu wartości wyznawanego przez obdarowywaną osobę, lub wyrażanego przez obdarowywany świat, a przynajmniej dążyć do integracji celowości obdarowywanej osoby jako własnej. Wreszcie, osoba może obdarować miłością Boga (który, pisany przez duże B, w moim rozumieniu nie jest “światem”, więc w szczególności nie jest osobą), to znaczy może obrać za cel przekraczanie własnej perspektywy “we szystkich dodatnich kierunkach”, może uwierzyć w celowość wszechświata, nie jako punkt docelowy, ale jako kierunek twórczej (poszerzającej możliwości) integracji.

    Mam kilka wierszy o miłości, może nawet większość jakoś zahacza. Zacytuję jeden.

    the joys of watching, touching, listening and tasting

    within me
    I hold a treasure
    another pair of eyes right behind mine
    another touch just underneath my skin
    a memory a fantasy I teach
    and I don’t pretend I understand
    the curious look
    the ears through which I hear
    life happening
    earns meaning

    I begin where I end
    I reach out
    to beauty
    to reality

    I begin within you

    — listopad 2008

    (Coś jest źle z formatowaniem, powinny być dwie puste linie, po “earns meaning” i po “to reality”, nie przed.)

  5. Ryszard2012-08-01 14:04:27

    Materialistyczny ewolucjonizm biologiczny i memetyczny dostarcza pierwszą warstwę odpowiedzi na pytanie o sens życia. Jest to w zasadzie opis, który wyjaśnia czemu tak a nie inaczej świat się zachowuje.

    Natomiast dalej można pytać o sens życia ludzkiego, ale to już wtedy jest pytanie oderwane od przyrody. Ten sens już człowiek sam sobie musi wypracować i wcale nie musi odnajdować swojego miejsca w relacji do tego co przyroda nieświadomie wykombinowała.

    W ramach tego poszukiwania można równolegle zastanawiać się czy jest jakiś stwórca, który ma dla nas propozycję na życie.

    Ja sobie wyobrażam, że mogą istnieć różne możliwości zorganizowania społeczeństwa i wykreowania mentalności, które dają jakieś sensowne poczucie szczęścia i stabilność systemu. Chodzi mi o to, że może być więcej niż jedna dobra odpowiedź na pytanie o sens życia. Większość ludzi będzie musiała żyć według jednego schematu wewnątrz swojej grupy, natomiast tylko dla nielicznych filozofów może w ogóle wchodzić w grę życie jednocześnie w różnych koncepcjach czy należenie do różnych wspólnot kulturowych.

    Na przykład może powstać sensowna kultura, w której monogamia jest normą obowiązującą wszystkich ludzi i pod to jest dorobiona cała literatura i sztuka oraz administracja publiczna. Może być też sensowna kultura, w której w ogóle seks jest oddzielony od relacji osobowych, podobnie jak transakcje finansowe w kapitalizmie nie stanowią o budulcu relacji międzyludzkich. Ja teraz nie podaję konstrukcji tych kultur, zwracam tylko uwagę na to, że teoretycznie możliwe są różne sensowne kultury, w których ludzie żyją w harmonii ze sobą, w zdrowiu psychicznym, w miarę w zgodzie z ewolucyjną mentalnością prokreacyjną. Ale mało kto, jak sądzę, potrafiłby żyć jednocześnie w dwóch takich kulturach, chyba jakiś wielki filozof, który rozumie wszystko od podszewki.

  6. Beata2012-08-12 12:45:48

    Sporo już w tym wątku napisano o usensawianiu istnienia, więc się tylko dopiszę do stanowiska, że usensawianie to wirtuale naszej jaźni. Jest to truzim :D Ale o tyle istotny, że jak się go sobie uświadomi, to się uświadomi sobie zarazem coś przekraczające jednostkowy wymiar tego truizmu. Mianowicie to, że wielu z nas potrzebuje takiego wirtuale, bo jest ono siłą zdolną “pchać” nas poza ograniczenia naszej egzystencji. Z którymi to ograniczeniami nie umiemy się pogodzić.
    Oczywiście, nie wszyscy nie umiemy się z tym pogodzić. To też truizm :D Niemniej, truizm ten nie znosi pytania, dlaczego tak jest, ŻE nie umiemy się (niektórzy z nas) pogodzić.
    (O roli truizmów byłoby ciekawie porozmawiać.)

    Co do tematu wątku, czyli bezosobowej miłości, to jest to właśnie ten rodzaj fantazmatu, które jest zbudowany na założeniu, że dobro przekracza zło. Jest jest bardziej dobro, niż zło (dobro, zło-też oczywiste kategorie usensawiające). Słowem: egzystencja (wszelaka) jest “in plus” (istnieje bardziej coś, niż nic; bardziej jesteśmy, niż nie jesteśmy, itp-swoją drogą, Szatan w tej konstrukcji jest bytem “ujemnym”?).
    Dlatego nazywane bywa to miłością. Inni nazwą to np. pędem życiowym czy rozwojowym. Ja należę bardziej do tych drugich. Sygnowanie tego takimi kategoriami, jak dobro/miłość uważam za wstęp do ideologizacji. Żeby było jasne, nie każdy rodzaj usensawiania uważam za ideologizację. Ale to chyba inny temat.

    Słowem: miłość uważam za kategorię wyłącznie osobową. Chyba, że powiązać istnienie (i jego konsekwencje) z miłością. Ale to już sztuczny zabieg. Choć oczywiście możliwy. Tylko, że wówczas zmienia się semantyka słowa “miłość”. Może to się tu dokonało u Autora?

  7. lukstafi2012-08-12 14:25:05

    @Beata Masz jakąś roboczą definicję miłości wartościotwórczej? (W odróżnieniu od miłości biologicznie zdefiniowanej: romantycznej czy macierzyńskiej.)

  8. Beata2012-08-12 16:42:53

    @Lukstafi. Nie, nie mam. Nie łączę miłości z wartościowaniem w sposób konieczny.

  9. lukstafi2012-08-16 16:11:49

    @Beata A masz jakiś scentrowany pogląd na to czym jest miłość, czy dla Ciebie to pojęcie dane przez podobieństwo rodzinne (family resemblance concept)?

  10. Ryszard2012-08-16 20:43:42

    Mi nie chodziło o zbudowanie ideologii miłości. Chciałem zwrócić uwagę na błąd logiczny w argumentach typu: skoro doznaję miłości to Bóg istnieje i mnie kocha. Jeszcze chciałem dodać, że to poczucie miłości może być nawet większe, gdy się oderwiemy od koncepcji Boga, a lepiej zdiagnozujemy źródła tego poczucia (to jeśli Boga nie ma).

    Trzeba wprowadzić nowe słowo zamiast miłości, na przykład błogość. Wtedy można odczuwać błogość bez automatycznego skojarzenia, że pochodzi od osoby. Można wtedy szukać, maksymalizować, rozdzielać błogość według najlepszych osiągnięć naukowych czy intuicji codziennych na temat błogości.

  11. Beata2012-08-20 10:32:54

    @Lukstafi-nie mam jednolitej koncepcji miłości. Natomiast mogę powiedzieć , czym według mnie jest, przy czym jest to wiedza słaba, bo słaba być musi. Zatem:
    - Jest ogromną emocją (wielowymiarową), nad która nie mamy panowania.
    - Czasem także dodaną do tej emocji decyzją (ale bez emocji decyzja jest ideologią).
    - Jest instynktem- powiązanym z seksualnością, duchowościa, intelektem, rozumowością, czyli wszystkimi wymiarami egzystencji ludzkiej (niekoniecznie występującymi jednocześnie).

    @ Ryszard
    zgadzam się z Tobą w punkcie wyjścia, czyli w fałszu tego wynikania dotyczącego boga. To nadużycie.
    Natomiast nie wiązałabym ewentualnego “dobra” istnienia z miłością. Egzystencja może być oczywiście “dobra” – jak ktoś chce tak oceniać sam fakt istnienia lub jego jakiś aspekt, jednakże zdaję sobie sprawę, że to są elementy rozmaitych ideologii.
    Dla mnie istnienie jest neutralne, i “poprawność” tego istnienia nie ma dla mnie nic wspólnego z miłości (chyba, że to wspólne to miłość, która się pojawia jako element życia, ale chyba nie o to Ci chodzi).

  12. Ryszard2012-08-20 22:29:08

    Ja nie brałem się tutaj za ocenę samego istnienia. Ja tylko rozważam pojęcie błogości w ramach istnienia i proponuję zwrócić uwagę na to, że błogość może się mylić z poczuciem bycia kochanym przez osobę stwórcy.

    Przestrzegam, że jeśli Boga nie ma, to błogość można zatracić jeśli się ją zwiąże z koncepcją osobowego Boga i żeby ją podtrzymywać trzeba lepiej rozpoznać jej źródła. A jeśli Bóg jest, to w ogóle nie ma sensu mowa o miłości bez osoby, bo w każdym wydarzeniu jest Bóg obecny.

  13. lukstafi2012-08-20 23:16:50

    @Beata
    I ten instynkt nie wiąże się, nawet w prototypowych przypadkach, w sposób konieczny (esencjalny) z wartościowaniem?

  14. lukstafi2012-08-20 23:27:31

    @Ryszard
    Powiedziałbyś, że uczucie błogości to uczucie dowartościowania, czy to zupełnie nie to, raczej stan bycia zdrowym?

  15. Beata2012-08-21 11:24:01

    @Ryszard
    Rozumiem. Błogości istnienia wprawdzie nie doświadczałam, i jak o niej czytam, to od razu jakoś widzę “kontrpopozycję”, mianowicie niebłogość (widowisko pt. unde malum). Ale to ja, ze swoim uznaniem roli autodyskursywności
    Zgadzam się też , że niektórzy mogą mylić to poczucie błogości z osobowym /nieosobowym bogiem , a poczucie niebłogości np. z fatum. wszystko to nieporozumienia wedle mnie.

    Co do reszty (drugi akapit Twojej wypowiedzi) pozostawię bez komentarza. Nie rozumiem ludzi wierzących, więc mogłabym popełnić jakiś błąd. Mogę tylko się tym interesować jako fantazmatem, ale to inny temat.

  16. Beata2012-08-21 11:32:49

    @ Lukstafi
    Nie. Zbyt dużo w życiu przeszłam, by nie wiedzieć, że miłość przekracza wszelkie chciejstwa aksjologiczne. Oczywiście- myślenie życzeniowe względem miłości istnieje, ale warto wiedzieć, że to…chciejstwo właśnie.
    Co nie znaczy, że to chciejstwo jest czymś złym. Przeciwnie. Mamy prawo mieć oczekiwania- także aksjologiczne. Ale to jednak inna płaszczyzna.

    Przykład; pedofil -zdarza się- że kocha dziecko, które krzywdzi. Człowiek zaburzony również może kochać. I jednocześnie niszczyć kochaną przez. Kocha miłością adekwatną do swojego stanu. Wartościowanie miłości to droga donikąd. Miłość jest, albo jej nie ma. Idealizacja miłości to tak jak wszelkie idealizacje- zaburza rozpoznanie stanu rzeczy. Warto natomiast rozpoznawać własne oczekiwania. Byle nie mylić ich z miłością.

  17. lukstafi2012-08-21 17:57:27

    @Beata
    OK. Dzięki za to co piszesz. Ja miałem na myśli odwrotną relację (użyłem nawet słowa “wartościotwórczą”) — stan miłości generuje w podmiocie pewne poczucia wartości, miłość jest zawsze miłością do kogoś / czegoś i ten stan oznacza poczucie wartościowości “obiektu” czy też celu miłości.

  18. lukstafi2012-08-21 18:05:00

    Natomiast szukając wartości na drodze racjonalnej, to tylko miłość do Boga można postulować jako wartość “a priori”, Buddyści powiedzieliby że pomniejsze miłości generują przywiązanie.

  19. Beata2012-08-21 18:06:29

    Heh, widzę, że zgubiłam poprzednio kawałek tekstu, jedno ze zdań miało brzmieć: “I jednocześnie niszczyć kochaną przez siebie osobę”, pardon.

    Tak, masz rację, umknęło mi to: “wartościotwórczą”. Jak najbardziej, stan miłości zapewne budzi w nas pragnienie “dobra” dla drugiej osoby, i/lub związku., i/lub…siebie (bo i tak bywa). Tyle, że to dobro może znaczyć dla każdego co innego, no i być na naszą miarę. Która to miara, jak owo dobro, jest niemierzalna. O to mi chodziło.

  20. Podgląd live
    Nie opublikowałeś jeszcze tego komentarza! Aby opublikować naciśnij przycisk Opublikuj Komentarz.

Dodaj komentarz